60 rocznica powrotu Sióstr z wygnania.

 

Wspomnienia Siostry M. Gaudencji Raczoń - pallotynki z pobytu Sióstr kapucynek w Suchowoli.

          W lutym br. minęła 60. rocznica powrotu Sióstr Kapucynek z wygnania do klasztoru w Przasnyszu. Siostry Kapucynki deportowane w kwietniu 1941r. do obozu koncentracyjnego w Działdowie, po kilku miesiącach zostały w cudowny sposób ocalone.

          Niemcy w brutalny sposób "załadowali" Siostry w ciężarówkę i niespodziewanie wyrzucili w rowie w okolicach Augustowa i pozostawili je w lesie. To cudowne uwolnienie Siostry przypisują wstawiennictwu bł. s. M. Teresy Kowalskiej, zmarłej w Działdowie, która w intencji ocalenia Sióstr ofiarowała swoje życie. Schronienie znalazły między innymi w Suchowoli, gdzie z pomocą życzliwych ludzi, przetrwały niemiecką okupację.

          Oddajmy głos 80-letniej Siostrze M.Gaudencji, pallotynce z Gniezna, która pochodzi spod Suchowoli i jako młoda dziewczyna miała kontakt z Siostrami Kapucynkami w tamtym okresie ( 28 lutego 2005 roku własnoręcznie spisała te wspomnienia):

          "To było w 40-tych latach ubiegłego stulecia. Od września 1949r. po wybuchu II wojny światowej, nasza Ojczyzna i ludzie ją zamieszkujący przeżywali bardzo różne tragiczno-dramatyczne losy. Już wkrótce po wkroczeniu (17 września) wojsk radzieckich zaczęły dziać się niezwykłe fakty, które często zmuszały ludzi dobrowolnie lub z decyzji władz do zmiany miejsca pobytu. Podobnie działo się w następnych latach, gdy władzę sprawowali okupanci niemieccy.
          Rzuceni warunkami wojny, a potem okupacji, mieszkaliśmy osiem kilometrów od suchowolskiego kościoła parafialnego, w zapadłej wsi Olszanka pod dębowym lasem. Czasy były trudne pod każdym względem. Z jednej strony lęk i niepewność każdego dnia życia, z drugiej zaś walka o przetrwanie. Ponieważ ojciec został bez pracy (Niemcy nie prowadzili szkolnictwa w Polsce), musieliśmy szukać innych środków egzystencji. W następnym roku zostaliśmy zmuszeni do zmiany miejsca zamieszkania. Przenieśliśmy się do Suchowoli. Otrzymaliśmy mieszkanie w pożydowskim domu, ponieważ z części wsi [obecnie miasto - przyp. aut. ] utworzono zbiorcze getto, w którym zgromadzono Żydów także z okolicznych miejscowości.
          Ucisk okupacyjny odczuwali nie tylko Żydzi zgromadzeni w getcie, pozostający tam w nieludzkich wprost warunkach pod względem ciasnoty i higieny, ale i wszyscy inni mieszkańcy wsi. Ograniczono duszpasterską działalność religijną. Kościół był otwarty dla użytku wiernych od południa w sobotę i przez cały dzień w niedzielę. W pozostałe dni tygodnia wierni mogli korzystać z posług sakramentalnych tylko w bardzo szczupłych wymiarach czasu, na przykład przy odbywającym się pogrzebie, gdy zwłoki wnoszono do kościoła.
          Sytuację ratowały dwie kaplice prywatne mieszczące się w domach zamieszkanych przez Siostry zakonne - misjonarki św. Rodziny i Siostry kapucynki klauzurowe. Te ostatnie znalazły się w Suchowoli po kilkumiesięcznym przebywaniu w więzieniu dla duchowieństwa (w Działdowie). Stąd pewnego dnia zostały przez Niemców wywiezione na łaskę losu w szczere pole. W porozumieniu z ks. proboszczem z sąsiedniej parafii, nasz ks. proboszcz - Stefan Porczyk zajął się zorganizowaniem opieki i środków egzystencji dla Sióstr Kapucynek. Jeden z mieszkańców wsi [p. Dawidowicz] przyjął Siostry do swego dość obszernego domu, pozostawiając swej trzyosobowej rodzinie tylko niezbędne pomieszczenie (gospodarz - właściciel domu miał żonę i małą córeczkę - Janeczkę).
          Dzięki temu Siostry mogły wkrótce prowadzić życie wspólnotowe, mając też w domu kaplicę z Najświętszym Sakramentem. Korzystali z niej również wierni. W dniach powszednich księża z parafii sprawowali tu codziennie Mszę świętą. Prawie codziennie przychodziłyśmy z mamusią, aby uczestniczyć we Mszy św. Do kaplicy z korytarza wchodziło się przez małą kuchenkę, gdzie panował idealny porządek i czystość (to mnie za każdym razem zachwycało) W kaplicy za ołtarzem z tabernakulum była piękna grota (z malowanego papieru) z figurą Niepokalanej. Wystrój kaplicy sprzyjał bardzo skupieniu i modlitwie.
          Dzięki właściwemu doinformowaniu wiernych przez ks. Proboszcza, siostry rozwinęły na miarę swoich możliwości pracę dla ludzi. Malowały obrazy, chorągwie, wykonywały paramenty kościelne, prowadziły też gabinet poradnictwa lekarskiego (s. M. Salomea) i dentystycznego (s. M. Immakulata). Obie siostry musiały mieć jakieś przygotowanie do świadczenia tego rodzaju usług. Pacjenci odwzajemniali się im, szczególnie z pobliskich wiosek- prowiantem. Podarowana żywność nie tylko zaspakajała potrzeby Sióstr, dzieliły się nią z rodzinami, często wielodzietnymi, lub takimi, które z braku pracy były pozbawione środków do życia. Najczęściej w soboty s. M. Stanisława "krążyła" dyskretnie po domach wsi donosząc paczuszki z żywnością. Sam Bóg zna ilość i miłość tej charytatywnej akcji.
          Po wywiezieniu Żydów z getta Siostry otrzymały w pobliżu kościoła parafialnego dwa domy i kawałek ogrodu . W jednym z nich zamieszkały ( była tam też kaplica i rozmównice), a w drugim gabinet dentystyczny i lekarski, a w drugiej części urządziły Siostry pralnię i bieliźniarnię. Zagospodarowały też ogród. Na Mszę św. uczęszczały bardzo często do kościoła.
          Mój bliższy kontakt z Siostrami rozpoczął się od akcji paszportyzacyjnej, którą podjęli w tym czasie Niemcy-okupanci. Wraz z innymi rówieśnikami miejscowej młodzieży zostałam zaangażowana do pracy - wypisywania kartotek danych personalnych. Siostry, chcąc sprostać zarządzaniu władz, pewnego dnia stanęły też z innymi obywatelami w kolejce do podania swoich danych. Miał wtedy miejsce mały incydent, który zwrócił uwagę Sióstr na mnie. Potem zostałam zaproszona na spotkanie w rozmownicy Sióstr. Uczyniłam to z radością i zainteresowaniem. Wyczuwając moje nastawienie i otwarcie na sprawy duchowe, prosiły mnie o pomoc załatwiania pewnych spraw, a tym samym było to możliwością częstszego przychodzenia do Sióstr.
          W czasie takiej wizyty opowiadały mi kiedyś o s. M. Teresie [Kowalskiej] dziś już błogosławionej, o jej wielkiej pobożności maryjnej, jak w celi więziennej niestrudzenie do ostatnich chwil życia, cierpiąc i będąc w gorączce, odmawiała Zdrowaś Maryja... Gdy odeszła do Boga, siostry przyniosły liście łopianu (raz na dzień były wypuszczane z celi na powietrze), przykryły zwłoki zmarłej Siostry, aby je przytrzymać w celi dla odmówienia modlitw za zmarłą.
          Z ogromnym wzruszeniem i radością czytałam w Rycerzu Niepokalanej (styczeń 2004r.) artykuł "Przedziwna siostra" - o s. Immakulacie, którą pamiętam z czasu pobytu w Suchowoli jako niezwykłą zakonnicę - świętą, choć nie kanonizowaną. Jeden Bóg wie, ilu ludzi swoją osobowością i sposobem bycia przybliżyła do Niego.
          To tak trochę z tych wspomnień bycia "razem" w Suchowoli. Kiedy zaistniały warunki powrotu do klasztoru w Przasnyszu, miejscowi gospodarze zorganizowali przewiezienie Sióstr furmankami, ponieważ po działaniach wojennych nie było innych możliwości.
Owocem pobytu w Suchowoli było kilka powołań (chyba pięć). - Mnie kiedyś powiedziały (miałam 17 lat), że powinnam się uczyć i wstąpić do zgromadzenia o charakterze czynnym."

          Dzięki poświęceniu i ofierze naszych Sióstr w obozie koncentracyjnym, a także ich umiłowaniu życia kontemplacyjnego i klauzurowego (Siostry przez cztery lata wygnania bardzo tęskniły za klauzurą) - klasztor Kapucynek w Przasnyszu nadal istnieje i rozwija się.
          Powrót Sióstr stał się możliwy poprzez wstawiennictwo obecnie błogosławionej s. M. Teresy Kowalskiej, która umierając na barłogu w celi obozu działdowskiego obiecała Siostrom, że gdy znajdzie się przed tronem Boga będzie błagała o uwolnienie Sióstr. Tak też się stało!
          Pragnę dodać, że Kapucynki podobnie jak w klasztorze, tak też i w obozie i poza nim, prowadziły prawdziwie gorliwe życie zakonne, pilnie zachowując regułę klasztorną, przepełnioną modlitwą i pokutą, miłością Boga i bliźniego.
          Dzięki świętemu życiu ówcześnie żyjących Sióstr Bóg sprawił, że Kapucynki w Polsce przetrwały, a ich kochającym sercom i złożonym dłoniom powierzona jest wędrówka Kościoła do Domu Boga Ojca.

          Pragniemy podziękować Czcigodnej Siostrze M. Gaudencji SAC za spisanie swoich wspomnień, bardzo dla nas cennych, a także Siostrze M. Justynie Ustarbowskiej SAC za inspirację i pomoc.

 

na podstawie listu s. M. Gaudencji Raczoń, pallotynki
siostra klaryska kapucynka