home powolanie charyzmat historia patronka czytelnia galeria kontakt  

 
   "Abym się stała cichym barankiem..."
  Heroizm trwania córek św. Klary w Przasnyszu
   Niepokalane Poczęcie NMP w listach bł. Honorata
      Koźmińskiego do Mniszek Klarysek Kapucynek
   "Chluba przed Bogiem"
   Klauzura - życie zmarnowane?
 
   Samotni w samotności
 
   Śmierć to nie koniec, to przejście na "drugi brzeg"
 
   Liturgia godzin
 
 
Jeżeli znasz kogoś, kogo może zainteresować ta strona powiedz mu o tym. Adres e-mail znajomego:


Podpis:


 
 
"Abym się stała cichym barankiem...".          

Matka Maria Izabella od Najświętszego Sakramentu


(Franciszka Lebenstein 1838-1918)



U korzeni zakonu klarysek kapucynek w Polsce wyrósł kwiat - postać Matki Marii Izabelli Lebenstein, pierwszej opatki polskich kapucynek, wiernej duchowej córki bł. Honorata - Fundatora, której siostry tak wiele zawdzięczają w dziedzinie swego istnienia i tożsamości.

Matka Maria Izabella od Przenajświętszego Sakramentu (Franciszka Lebenstein) urodziła się 4 kwietnia 1838 r. w Łukowie k.Warszawy jako córka Wincentego i Teresy z Głódziów. W 1856 r. wstąpiła do nowo organizującego się zgromadzenia felicjanek. Była jedną z pierwszych towarzyszek Zofii Truszkowskiej - bł. Marii Angeli.

W 1860 r. matka Izabella została wybrana do powstającej Klauzury w domu macierzystym zgromadzenia na ul. Daniłowiczowskiej w Warszawie. Od kasaty felicjanek w grudniu 1864 r. przebywała wraz z felicjankami klauzurowymi w Łowiczu w klasztorze bernardynek. Sprawowała obowiązki furtianki, westiarki, mistrzyni tercjarek i socjuszki przełożonej. W 1866 r. po wyjeździe Fundatorki i przełożonej generalnej m. Angeli Truszkowskiej do Krakowa, s.Izabella została wybrana w Łowiczu na przełożoną sióstr klauzurowych. Była osobą bardzo pokorną, cichą, delikatną w kontaktach z siostrami. Funkcję przełożonej wspólnoty przasnyskiej pełniła aż do śmierci, tj. przez 52 lata. W 1871 r. przybyła z siostrami do Przasnysza, do darowanego im klasztoru. Siostry skazane były na wymarcie, gdyż był zakaz przyjmowania kandydatek. Siostry przasnyskie w liczbie siedmiu doczekały się dekretu tolerancyjnego w 1905 r. i w wyniku starań otrzymały od cara szczególną "łaskę" przyjęcia do klasztoru czterech kandydatek. Wówczas matka Izabella formowała młode siostry i podtrzymywała żywotność klasztoru. Była wzorową zakonnicą. Posiadała wybitne zdolności kierowania wspólnotą opartą na zjednoczeniu serc. Była człowiekiem wiary, modlitwy i kontemplacji. Pilnie zachowywała ustawy zakonne, życie wspólne, wielkim szacunkiem darzyła kapłanów. Matka Izabella była niezmiernie gorliwa, umartwiona i bardzo pokorna. Jako mężna niewiasta pragnęła całym sercem, aby kapucynki przetrwały, wierzyła też, że Bóg uczyni cud i przyjdą nowe "szczepki" i nastanie odrodzenie. Wypraszała u Boga tę łaskę swoją modlitwą i świętym życiem. Gdy jej siostry po kolei odchodziły do Domu Boga, bohaterska opatka trwała dzielnie na swoim posterunku: pierwsza w chórze na modlitwach, pierwsza na wszystkich zajęciach zakonnych. Mimo starszego wieku godzinami klęczała wyprostowana na posadzce w chórze przed Panem Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie. W nocy siostry spotykały ją na modlitwie, leżącą krzyżem w chórze zakonnym. Również w celi w cichej modlitwie nieustająco błagała Boga szczególnie o przetrwanie zgromadzenia. Aby utrzymać nocną modlitwę - jutrznię, szczególny zwyczaj kapucynek, bardzo często, gdy siostry chorowały, lub odchodziły do Domu Ojca i zmniejszała się ich liczba, wstawała sama, szła do chóru, zapalała lampkę i sama na głos odmawiała brewiarz. Rankiem budziła siostry, dzwoniła w dzwon, osobiście opiekowała się chorymi oddawała siostrom wszystkie posługi.

Siostra Celestyna Cerulli z Przasnysza tak pisze o matce Izabelli do o. Honorata w 1884 roku: "Niech Ojciec będzie łaskaw i zabroni Matce, bo jak jest Jutrznia w lecie o 1-szej godzinie, żeby Matka nie wstawała dzwonić o 24:00. Matka mówi, że wstaje, bo ludzie przyzwyczajeni, że o 12 w nocy się u nas dzwoni. Późno najczęściej Matka się położy, bo w samej rzeczy w tym obowiązku nie zawsze może się wcześniej położyć; wstaje o północy zadzwonić na Jutrznię i później znów o 1-szej na mówienie Jutrzni. Rano musi Matka wstać, bywa, że jeszcze wcześniej jak o 5-tej rozbudzona. Bardzo się może wyniszczyć przez brak snu. Trudno Matkę też nakłonić czy do przyjęcia chociaż kubka mleka, żeby się posiliła trochę, opiera się temu, że zdrowa, a wygląda nieraz bardzo nędznie, ale już nawet powstrzymuję się w przyniesieniu w czem Matce jakiej ulgi, wzmocnienia sił, wiedząc, że takie wielkie trudności i opierania się temu czyni i najczęściej że nic nie chce przyjąć".

Te słowa siostry świadczą o wielkim umartwieniu Matki Izabelli, jej pragnieniu modlitwy i pokuty. Młode siostry były przez matkę Izabellę formowane w duchu franciszkańskim. Na wykładach w nowicjacie matka tłumaczyła konstytucje o. Honorata. Ze sposobu bycia matki Izabelli emanowała ogromna troska, aby nowe pokolenie nie zatraciło ducha franciszkańskiego ubóstwa. Listy świąteczne, zwłaszcza bożonarodzeniowe, pisane przez o. Honorata do wspólnoty odczytywała po Pasterce w chórze zakonnym stojąc przy żłóbku. Były to chwile wzruszające. Często powtarzała siostrom, że bardzo pragnie, aby było zachowywane we wspólnocie to wszystko, co zaleca ojciec Fundator, gdyż to jest wolą Boga i w duchu św. Franciszka i św. Klary.

Ojciec Koźmiński na krótko przed swą śmiercią, w roku 1915 z Nowego Miasta tak pisał do matki Izabelli: " (...) A co się tyczy mistrzyni, czyż może być lepsza nad tę, która dotąd całe zgromadzenie na duchu i w możliwej obserwancji zachowywała, nie zastąpi jej ani żadna obca, ani żaden z ojców, ani kapłan, choćby był świętym. Niech więc, Czcigodna Matka, trwa w swojej ofierze do końca i niech będzie pewna, że Bóg za nią wszystko poprowadzi, i że jej prace nad siostrami przyjmie tak jak najwznioślejsze kontemplacje... Zawsze gotowiśmy służyć Wam, wiernym oblubienicom Pańskim".

Słowa o.Honorata najpiękniej określają postać matki Izabelli - pierwszej opatki polskich kapucynek. W ostatniej chorobie, uwydatniła się z całą mocą jej miłość bliźniego, bowiem umęczona wysoką gorączką, jeszcze pamiętała, aby polecić siostrom przebywającego w Przasnyszu o. Kazimierza Kuderkiewicza odwieźć do kolei.

Matka Maria Izabella Lebenstein cicho odeszła do Pana, po dziesięciodniowej chorobie, dnia 17 sierpnia 1918 r. w klasztorze w Przasnyszu. W podziemiach tegoż klasztoru spoczywają doczesne szczątki pierwszej długoletniej opatki kapucynek polskich i oczekują na zmartwychwstanie.

Matka Angela Truszkowska o matce Izabelli pisała do o. Honorata:

"(...) Izabella jest święta" (list z 1866 r.). Siostry kapucynki z Przasnysza o matce Lebenstein tak pisały do o.Honorata: "(...) Ja u Matki Izabelli widzę wszystkie cnoty dobrej zakonnicy, nawet świętej, jak się spodziewamy, że ona nią będzie, a może już jest (...)" - s. Maria Ludwika od Krwi Przenajdroższej (1836-1919). "(...) Franciszka żaliła się na poszarpany habit. Tak mnie to dotknęło (jako westiarkę), że zaraz nazajutrz poszłam do Matki, żeby Matka pozwoliła dać jej nowy, który dla Matki był uszyty. Matka zaraz z radością na to przystała"- s. M. Salomea od Siedmiu Boleści NMP (1826-1882). "(...) Matka taka pokorna, że księdzu nie chciała uwagi zwrócić (...)" - s. M. Agnieszka od św. Stanisława Kostki (1836-1909).

Oddajmy teraz głos samej matce opatce Izabelli, która tak pisze o sobie z Przasnysza w roku 1878 do o. Honorata: "Główne moje postanowienia z rekolekcji są trzy: cnoty miłości Boga i bliźniego i żebym się stała cichym barankiem...".

 

siostra klaryska kapucynka

Heroizm trwania córek św. Klary w Przasnyszu.

 

          Duch franciszkański panował w Przasnyszu od XVI wieku. Obok bernardynów istniał tam klasztor bernardynek. Nastąpił okres zaborów, a wraz z nim kasaty zakonów. Klasztor bernardynów został zlikwidowany przez władze carskie po powstaniu styczniowym, natomiast klasztor bernardynek skazany na wymarcie, tzn. nie można było przyjmować kandydatek.
          Nowe życie dały klasztorowi w Przasnyszu felicjanki, nowa franciszkańska gałąź utworzona w Warszawie jako pierwsza z kilkunastu kongregacji zakonnych, której prekursorem był bł. Honorat Koźmiński. Nazwa "felicjanki" pochodzi od św. Feliksa z Cantalice, kapucyna.

          Po kasacie zgromadzenia felicjanek część klauzurowa została przez władze carskie przeniesiona do klasztoru bernardynek w Łowiczu.
          W 1870r. siostry felicjanki: Karolina Łastowiecka i Bronisława Łempicka, znajdujące się w klasztorze w Łowiczu, zwróciły się do cara Aleksandra II z błaganiem, aby pozwolono im przenieść się do klasztoru w Czerniakowie k.Warszawy lub do innego klasztoru w Królestwie Polskim. Motywacją tegoż pisma było to, że felicjanki mają zupełnie inną regułę niż mieszkające w Łowiczu bernardynki. To "wsiepoddanniejsze" proszenie felicjanek z Łowicza sekretarz stanu Nabokow przesłał w grudniu 1870 r. do namiestnika Królestwa Polskiego - Fiodora Berga. Hrabia Berg po zbadaniu sprawy zaproponował, aby z Przasnysza, gdzie znajdowały się wtedy bernardynki (11 sióstr i 2 nowicjuszki), 3 zakonnice przenieść do klasztoru w Wieluniu, pozostałe siostry przenieść do Łowicza, a 15 felicjanek z Łowicza przenieść do zwolnionego w ten sposób klasztoru w Przasnyszu.

          7 maja 1871r. car wyraził zgodę na propozycję Berga. Urzędnicy zaznaczyli, że siostry nie mają prawa przyjmować nowicjuszek. Felicjanki znalazły się w typowym, otoczonym murem klasztorze, gdzie uczestnicząc we Mszy świętej, słyszały tylko kapłana, a Komunię św. przyjmowały przez zakratowane okienko. Zachowywały konstytucje opracowane przez Ojca Honorata Koźmińskiego, oparte na Regule św. Klary z 1253r.

          Nie wiemy, jak przeżyły w Przasnyszu do początku XX wieku. Faktem jest, że w 1903 r., kiedy w klasztorze pozostało tylko 7 sióstr (pozostałe zmarły), klasztorowi groziła likwidacja. Żyjące siostry miały być przeniesione do klasztoru dominikanek w Świętej Annie k.Przyrowa, a o losie klasztornego kościoła miał zadecydować biskup Płocki Jerzy Edward Szembek. Tak postanowił gubernator. Wtedy to, i siostry, i biskup zaczęli błagać cara o łaskę, by pozwolono im pozostać w przasnyskim klasztorze.

          Petersburscy urzędnicy carskiej kancelarii i ministerstwa spraw wewnętrznych utrudniali bieg sprawy, ale w końcu podjęta w 1903 r. decyzja cara uratowała felicjanki od wygnania. Nadal realne było widmo wymarcia klasztoru, ponieważ w dalszym ciągu nie można było przyjmować kandydatek. Kilka lat później do petersburskich urzędów dotarł list opatki z Przasnysza - s. M. Izabelli Lebenstein z 17 lutego 1907 r., która prosiła, aby siostry mogły przyjąć kilka panien. Ich prośby o pozwolenie na wstąpienie do klasztoru, kierowane do właściwych gubernatorów, były bowiem odrzucane.

          1 marca 1907r. minister spraw wewnętrznych Stołypin wyraził zgodę na to, aby do przasnyskiego klasztoru mogły wstąpić 4 nowicjuszki.
          Jednakże istnienie klasztoru było nadal zagrożone, dlatego m. Izabella Lebenstein 3 stycznia 1910 r. znowu prosi o łaskę, tym razem u cesarzowej Marii, aby zechciała powiedzieć carowi o prośbie przasnyskich felicjanek, by nie likwidowano klasztoru. Sprawa trafiła znowu do ministerstwa spraw wewnętrznych, które odpowiedziało, że właściwy projekt ustawy skierowało do Dumy Państwowej.

          Jak widać, los polskich klarysek kapucynek "wisiał na włosku", i ich istnienie zależało od carskich decyzji, którymi jednak kierował Bóg i Jego Opatrzność.

 

siostra klaryska kapucynka

Niepokalane Poczęcie NMP w listach bł. Honorata Koźmińskiego do Mniszek Klarysek Kapucynek.

 

          Dnia 8 grudnia 1854r. papież Pius IX ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. W bieżącym roku (2004) świętujemy 150. rocznicę ogłoszenia bullą Ineffabilis Deus definicji tego dogmatu, według której "Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia mocą szczególnej łaski i przywileju Wszechmocnego Boga [...] została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego".

          Bł. Honorat Koźmiński zachęcał, zarówno wiernych, jak i rodziny zakonne, których był założycielem bądź fundatorem, do korzystania z każdego roku jubileuszowego ogłoszenia tego dogmatu. Pragnął, aby spełniło się przepowiadanie Piusa IX, że przez ten przywilej Niepokalana wyjedna "łaskę odrodzenia i nawrócenia świata". (H. Koźmiński OFMCap Pisma, Warszawa 1999)

          Niepokalane Poczęcie NMP zajmowało bardzo ważne miejsce w mariologii błogosławionego. Nie mogło go również zabraknąć w listach do kapucynek, które Niepokalaną czciły szczególnie zarówno modlitwą, jak i całym swoim życiem.

          Istniejący obecnie w Polsce Zakon Mniszek Klarysek Kapucynek swoje początki zawdzięcza bł. Honoratowi Koźmińskiemu, zaś istnienie i rozwój Niepokalanie Poczętej Pannie. Jak pisze o. Honorat: "Wkrótce po ogłoszeniu dogmatu Niepokalanego Poczęcia, w roku 1855, gdy jeszcze byłem młodym, świeżo wyświęconym kapłanem, prowincjał zlecił mi kierownictwo dusz Trzeciego Zakonu, które pragnęły żyć wspólnie" (H. Koźmiński, dz. cyt.). Tercjarki św. Franciszka utworzyły Zgromadzenie Sióstr św. Feliksa (felicjanki), następnie w roku 1860 wyłoniła się z niego odrębna grupa sióstr klauzurowych, wśród których znalazły się pierwsze i najgorliwsze felicjanki. Przyjęły one ustawy napisane przez ojca Honorata, oparte na konstytucjach kapucynek św. Klary, stąd nazwa kapucynki. W okresie kasaty zakonów w czasie zaborów w 1865 r. felicjanki klauzurowe nie zostały rozproszone w odróżnieniu od czynnych, które w ciągu 3 dni miały opuścić zgromadzenie i w świeckim stroju wrócić do rodziny. Zakonnice klauzurowe zostały przeniesione do Łowicza, a następnie w 1871 do Przasnysza, gdzie mimo trudnej sytuacji i wielu przeszkód ze strony caratu przetrwały i według proroczych słów O. Honorata, "doczekały świetniejszych czasów Kościoła".

          Bł. Honorat Koźmiński w cudownym ocaleniu i przetrwaniu kapucynek dopatrywał się szczególnej opieki Niepokalanie Poczętej Panny. Uważał, że czas ich powstania, zbiegający się z datą ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, jest znakiem tego, że to Niepokalana jest ich Matką i jak stwierdził sam o. Honorat, "są żywym pomnikiem Niepokalanego Poczęcia".

          Z bogatej korespondencji, jaką bł. Honorat prowadził z kapucynkami z Przasnysza zachowało się jedynie kilkanaście listów (część jako odpisy oryginałów), ponieważ niszczono je obawiając się rewizji. Większość pism bł. Honorata adresowanych do kapucynek rozpoczynało się słowami: "Niech będzie błogosławione święte i Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny" lub "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta", zaś na zakończenie w większości listów błogosławił mniszkom wzywając opieki Serca Niepokalanej Panny.

          W liście ze stycznia 1878 r. o. Honorat dzielił się z siostrami wrażeniami, jakie wywarły na nim objawienia Niepokalanie Poczętej w Gietrzwałdzie. Jej orędzie i prośby odniósł bezpośrednio do "matek przasnyskich". Pisał: "A któż najlepiej wyrozumie wszystkie słowa tej Niepokalanej Panienki, jeżeli nie wy, które ten Jej przywilej Niepokalanego Poczęcia od dawna czcią szczególną otaczacie i za Matkę Ją swoją i Panią macie? Kto lepiej potrafi odczuć pragnienia Jej Serca, jeżeli nie wy, które w tym Sercu od dawna złożone jesteście? Tak, moje Najmilsze Siostry i Matki, wy to powinnyście być pierwsze w spełnieniu zaleceń Najświętszej Pani waszej, w tym cudownym miejscu oznajmionych. [...] Czegoż to bowiem tam domagała się Matka Boża? Wszystko prawie daje się streścić w jednym słowie: aby się modlić. [...] Wypowiedziawszy wam to, resztę polecam Sercu Niepokalanej Panny, błagając Ją, aby Ona dała wam zrozumieć lepiej i nauczyła was sama, jako Ją wspomagać w Jej miłosiernych zamiarach macie".

          W następnej zachowanej kopii listu pisanego z okazji świąt Bożego Narodzenia w 1884 r. o. Honorat, życząc "Umiłowanym Córkom Niepokalanie Poczętej Panny obchodzenia duchownego nadchodzących Świąt Narodzenia Zbawiciela Świata [...] przez rozmyślanie i naśladowanie Jego ubóstwa, pokory i cichości", gratulował jednocześnie doczekania jubileuszu 30-lecia ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP. Napisał, że powinny z "wielką uroczystością" obchodzić tę rocznicę, gdyż Maryja jest ich "najszczególniejszą Opiekunką" a one same - "żywym pomnikiem ogłoszenia dogmatycznego tego Jej przywileju". Wzywał też mniszki do modlitwy w intencji nawrócenia świata za wstawiennictwem Niepokalanej.
          W liście pisanym do sióstr w Przasnyszu 4 października 1885 z okazji 25-lecia zamknięcia klauzury, bł. o. Honorat wyliczając łaski, jakich doznały mniszki przez ćwierć wieku, wymienił również wybór Niepokalanie Poczętej Panny na główną przełożoną, "który to [wybór] niezwykłym biegiem rzeczy został przez wikarego Chrystusowego [papieża Piusa IX] potwierdzony [w 1873r.], czego nie dostąpiły inne zgromadzenia". Ojciec Honorat stwierdził: "od tamtego czasu możecie ufać, że Niepokalana Panna rzeczywiście wami zarządza i daje natchnienia swojej wikarii (przełożonej), i rządzić będzie wami. Trudno by nawet inaczej zrozumieć wasze przetrwanie, gdyby nie te rządy Niebieskiej waszej Matki i Pani [...], która jak od pierwszej chwili zawiązku waszego raczyła was swoją widoczną opieką otoczyć, tak i dotąd nie przestaje wam codziennie nowych dowodów macierzyńskiej troskliwości udzielać".

          W dalszych latach istnienia kapucynek można również dostrzec opiekę Niepokalanie Poczętej Panny w cudownym ocaleniu w czasie I i II wojny światowej. Dzięki jej łasce klasztor w Przasnyszu nadal istnieje, a także dał początek pięciu nowym fundacjom.

          "Módlmy się, aby Niepokalanie Poczęta Panna nauczyła nas, jak mamy korzystać z tego miłościwego jubileuszowego roku jakiego nam Bóg litościwie udziela". (bł. H. Koźmiński, dz. cyt.)

 

siostra klaryska kapucynka

"Chluba przed Bogiem".

 

          Minęła 15 rocznica beatyfikacji Ojca Honorata Koźmińskiego, fundatora polskich klarysek kapucynek. Na uczczenie tej radosnej rocznicy pragniemy przedstawić pobyt bł. Honorata w Przasnyszu, aby przybliżyć jego zasługi w tworzeniu się życia kontemplacyjnego według reguły św. Klary z Asyżu, której 750. rocznicę śmierci obchodziliśmy. Siostry kapucynki były dla bł. Honorata jego "chlubą przed Bogiem", i jego "koroną".

          Załamanie się powstania styczniowego w 1863 roku pociągnęło liczne represje ze strony władz carskich. Boleśnie to odczuły zakony, z których większość uległa kasacie. Zgromadzenie Sióstr Felicjanek było podzielone na dwie gałęzie: kontemplacyjną i czynną. Siostry czynne uległy kasacie, natomiast klauzurowe internowano w klasztorze bernardynek w Łowiczu i skazano na wymarcie. Bóg w Opatrzności swojej, posługując się bł. Honoratem, czuwał nad swym dziełem. Siostry klauzurowe w roku 1871 otrzymały od cara Aleksandra II pozwolenie na zajęcie kościoła i klasztoru w Przasnyszu, gdzie 16 sióstr przyjechało z Łowicza 26 lipca 1871 r.

          Błogosławiony fundator zapragnął odwiedzić siostry, przypatrzeć się ich życiu kontemplacyjnemu w nowym klasztorze. W kwietniu 1872 r. o. Honorat wyruszył pieszo z Zakroczymia do Przasnysza i po wielkim trudzie wędrówki dotarł do swych duchowych córek. Oddajmy głos samemu błogosławionemu, który w liście pisanym z Przasnysza 13 kwietnia 1872 roku do swego kierownika duchowego o. Prokopa Leszczyńskiego w ten sposób przedstawia swoją wędrówkę:

          "(...) Stanąłem szczęśliwy w Przasnyszu i pierwszą chwilę wolną obracam do opisania najdroższemu ojcu memu miłej mojej podróży. Zawsze bywa ona dla mnie rekolekcjami i używaniem swobody duchowej, ale szczególniej teraz. Nawet fizycznie nie tylko utrudzenia w niej nie doznałem, ale była mi ona przyjemna. Zapewne pora wiosenna, mniejsze upały i pogoda przyczyniły się do tego. (...) Oberwałem trochę i żarcików jak zwykle po dworach i miałem przyjemność z panem naczelnikiem wojennym parę godzin przepędzić. Gotowano mi furmankę na rano, nie chciano się żegnać (nocleg w Chrzczynnie u państwa Baranowskich), idąc spać i zaręczono, że ranniej wstaną ode mnie i nie puszczą, alem się wymknął dobrze przed wschodem słońca. Spotkałem się w drodze z Jankowskim, który żegnał się i padał na ziemię, nie wierząc oczom swoim, że mnie spotyka. Gdym wchodził do Winnicy, spotkali mnie jacyś parafianie ks. Dynakowskiego, jadący do Pułtuska i prosili, abym siadł z nimi. Spełniając przeto wolę Ojca przejechałem z nimi blisko dwie mile i w Pułtusku miałem Mszę św. Zaraz mnie zakrystianin pytał, czy to nie o. Honorat, bo słyszał coś od Jankowskiego o mnie i skakał przede mną jak przed jakimś prałatem lub świętym. Z Pułtuska zmyliłem trochę drogi i po nocy już prawie zaszedłem do Karniewa, o trzy mile od Przasnysza. Zarekomendowałem się jako ks. Koźmiński. (...) Też wysłuchać musiałem wielkich pochwał dla naszych siostrzyczek przasnyskich. Wystaw sobie, ojcze - mówili - to już nie dosyć, że ojciec i matka ich widzieć nie może, ale sam nawet spowiednik i ksiądz, który im co dzień Komunię św. daje, żadnej jeszcze nie widział. Jak to one tam robią, to ja nie wiem, dość, że tak jest z pewnością, a co za zaparcie, pokuty, itd. Słuchałem z otwartą gębą, podziwiając to wszystko. Jest tam za dzierżawcą siostra jednej z matek tutejszych. Rano, wyszedłszy stamtąd, uczułem się trochę znużony i na nogi osłabiony, tak, że mi przyszła pokusa, aby kto jechał i zaprosił, ale w chwili właśnie, gdy się fura zbliżała, tak mi się żal zrobiło tej rozkosznej drogi, żem się krył jak mógł, aby mnie nie proszono. Wchodząc do Przasnysza, zrobiłem z siebie spectaculum niemałe. Naprzód spotkało mnie jakichś dwóch panów na koniach, , których zapytałem, którędy najbliżej do kościoła kapucynek. Ci z wielkim uszanowaniem ofiarowali mi się towarzyszyć i doprowadzić mnie. Czereda ludzi zebrała się dokoła nas, bo prowadzili mnie przez sam środek miasta, jak później się dowiedziałem, byli przekonani, że mnie aresztowano i że konwojują do powiatu. Ale, gdy się oddalili wskazawszy mi drogę, nowe widowisko: gromada chłopaków, podobno sławnych tutaj ze swawoli, których zawsze pełno na ulicach, a nawet w ogrodzie sióstr, dotychczas zebrała się dokoła mnie gwizdając, klaszcząc rękami, skacząc przede mną i za mną, pukając mi przed uszami z papierowych pudełek i wołając: Żydzie, Żydzie! Jakieś panienki ciągną mnie: Żydzie, pójdź tu, dostaniesz kawałek chleba. Inne panny postrojone na balkonie parterowym, poszczuły mnie pieskiem, który mnie złapał za habit. I w takiej paradzie przez długą bardzo i szeroką ulicę szedłem, chwaląc Boga za wszystko i kręciłem się dokoła klasztoru tam i z powrotem, bo mi błędnie pokazywano przejście, ale za to dzisiaj wszyscy od małego do wielkiego kłaniają mi się nisko, a niektórzy płaczą podobno, widząc mnie boso i pragną wstąpić do takiego surowego zakonu. Na wsiach też mnie zaczepiali chłopi i dziwowali się, że nie widzieli i nie słyszeli jeszcze o tak ostrym Zakonie. Spowiednicy tutejsi sióstr są bardzo zacni księża, nad moje spodziewanie i niezmiernie dla nich przychylni. Niech ojciec będzie łaskaw zakomunikować te wiadomości o moim przybyciu do Przasnysza ojcu gwardianowi, którego ręce całuję".

          Błogosławiony ojciec fundator przebywał u sióstr kapucynek w Przasnyszu do końca maja 1872 roku. 18 maja 1872 r. przewodniczył drugiej kapitule wyborów, na której ponownie opatką została matka Izabella Lebenstein. Czas ojca w Przasnyszu przeznaczony był na konferencje dla sióstr, rozmowy z nimi, a przedpołudnia spędzał o. Honorat w kościele parafialnym, słuchając spowiedzi. Na Mszach św. sprawowanych przez błogosławionego w kościele kapucynek zbierały się tłumy ludzi. W maju poświęcił też oleje św. Feliksa. W liście z 17 kwietnia 1872 roku pisanym z Przasnysza do Zofii Gliszczyńskiej o Honorat nadmienia:

          "(...) Dopiero w Przasnyszu znalazłem chwilę do odpisania pani. Zdaje się, że o rekolekcjach w Przasnyszu myśleć nie można. W klasztorze, jak już mówiłem, siostry nikogo nigdy nie przyjmują, ani blisko klasztoru nie ma nigdzie stosownego miejsca, tylko liczne chatki. Czasu mam mniej jeszcze jak w domu, do południa słucham spowiedzi w parafii, a po południu miewam konferencje z siostrami, co mogłoby i uwagę zwrócić, bo już żandarmi pytali się, co tu robię".

          Po powrocie z Przasnysza do Zakroczymia o. Koźmiński rozpoczął starania o uzyskanie dla sióstr kapucynek od Stolicy Apostolskiej Decretum Laudis, który siostry otrzymały 21 marca 1873 roku, podpisany przez Papieża Piusa IX. Natomiast 26 października 1873 roku kapucynki przasnyskie otrzymały dokument agregacji do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. Wizyta fundatora w Przasnyszu zaowocowała szybkim zatwierdzeniem prawnym ze strony Kościoła dla polskich kapucynek.

          15. rocznica beatyfikacji ojca Honorata niech odnowi w nas wszystkich pierwotny ideał wskazywany przez regułę św. Klary i pisma św. Franciszka. Łączymy się w dziękczynieniu Bogu za beatyfikację naszego fundatora.

 

siostra klaryska kapucynka

"Klauzura - życie zmarnowane?".

 

          Pewnie wiele osób zastanawiałoby się dzisiaj, dlaczego młode dziewczyny porzucają ten świat i podejmują życie kontemplacyjne w zakonach klauzurowych. Przecież nasze czasy oferują tyle dróg wyjścia, jest mnóstwo ciekawych kierunków studiów, każda może znaleźć ten, w którym będzie się spełniać. Możemy bez większych problemów wyjeżdżać za granicę, zarabiać pieniądze, zwiedzać piękne miejsca i podążać drogą kariery i sukcesu.

          Te wszystkie ścieżki są oczywiście bardzo kuszące, o czym świadczy fakt, że tak wielu ludzi nimi podąża. Przychodzi jednak taka chwila - taki moment, w którym człowiek zatrzymuje się i pyta, do czego to wszystko zmierza? Czy te wszystkie wspaniałości nie są jedynie namiastką tego, czego naprawdę szukamy? A czego - a raczej, Kogo - szukamy? Otóż Tego, od Którego wszyscy pochodzimy i który stworzył nas na Swój obraz i podobieństwo.

          Natura, która wyszła spod troskliwych rąk Ojca, pragnie wrócić do Niego i w ciągłej bliskości móc oczekiwać na upragniony czas oglądania Jego Oblicza w wieczności.

          "Zastanawiając się nad naszą ziemską wędrówką, obserwując ludzkie zachowania, charaktery i podejmowane przez nas decyzje, można szybko dojść do wniosku, że tak naprawdę każdy człowiek szuka Boga. Ku Niemu kierujemy się - czasem drogami niezwykle krętymi i w sposób jakże niezdarny, ale nasze myśli zawsze przenika jakaś tęsknota za dobrem, sprawiedliwością, pokojem i miłością. A czyż to nie są jedne z tak wielu przymiotów Boga?

          Szukamy Go wszędzie i instynktownie niemal wyczuwamy Jego obecność w tym, co prawe, szlachetne i wielkie. Dusze, które Pan obdarzył powołaniem kontemplacyjnym, pragną być jak najbliżej swojego Najdroższego. I już przestaje być ważne to, jak dużo pieniędzy będzie można zarobić, ile cudów tego świata jeszcze zobaczyć, bo to wszystko w skonfrontowaniu z miłością i wezwaniem Boga zaczyna po prostu nie wystarczać. Ileż to razy podczas najprzyjemniejszych nawet spotkań i przeżyć całe otoczenie tchnęło jakąś niewypowiedzianą pustką, a serce wyrywało się, by iść drogą samotności, która nią tak do końca nigdy nie jest i nie będzie, bo zawsze jest przy nas Chrystus. Bowiem " w samotności nigdy nie jest się samotnym - ponad samotnością bez odpowiedzi jest rozmowa z Bogiem" ( T. Merton).

          "Wezwanie do życia kontemplacyjnego - tak bardzo niezrozumianego przez współczesny świat - jest właśnie odpowiedzią na te wszystkie tęsknoty i pragnienia, jakie podsyca w duszy Duch Święty.

          Ktoś jednak mógłby powiedzieć - dobrze, ale jest przecież wokół tylu potrzebujących, więc dlaczego nie służyć im w zgromadzeniu czynnym? I tu właśnie można podkreślić bogactwo natchnień Ducha Świętego, który mnoży w Kościele rozmaite charyzmaty tak, aby jak najlepiej zaspokoić Jego potrzeby. Zakony kontemplacyjne są umieszczone niejako w Sercu Kościoła - wspomagają jego wędrówkę i stanowią ognisko modlitwy, przy którym każdy strudzony pielgrzym może się ogrzać.

          Życie mniszki kontemplacyjnej to dążenie do wzoru Chrystusa modlącego się na górze - Jezusa, który w samotności rozmawia z Ojcem. Właśnie takie spotkanie jest treścią naszego życia i każdego dnia. W modlitwie, pracy, zwyczajnym trudzie codzienności, oddajemy wszystko Bogu, łącząc z tym ustawicznym czuwaniem ofiarę z naszego życia. Kościół zawsze potrzebował i będzie potrzebować tego typu poświęcenia. Może właśnie w dzisiejszych czasach bardziej niż kiedykolwiek, bo radykalizm i ubóstwo życia klauzurowego stanowi tak wymowny znak sprzeciwu dla świata - a czy nie mamy być przecież takim znakiem?

          Wielu osobom takie życie wydaje się wręcz niewyobrażalne - warto jednak podkreślić, że Jezus Chrystus też nie szukał zrozumienia dla tego, co czynił - On po prostu pełnił Wolę Ojca i przebywając z Nim na samotnej modlitwie tak naprawdę zbliżał nas do Niego. W taki też sposób trwają wspólnoty mniszek kontemplacyjnych - stanowią żywe świadectwo miłości Boga ku człowiekowi. Jakże wielkie musi mieć bowiem Bóg do nas zaufanie, by tak wielką i zaszczytną misję powierzać słabym i grzesznym ludziom? Jego miłość pozwala nam nie tylko na to, by pracować dla własnego zbawiania - On daje o wiele więcej, bo życie mniszek ma toczyć się na chwałę Bożą i dla zbawienia całego świata.

          Życie mniszki kontemplacyjnej to dążenie do wzoru Chrystusa modlącego się na górze - Jezusa, który w samotności rozmawia z Ojcem. Właśnie takie spotkanie jest treścią naszego życia i każdego dnia. W modlitwie, pracy, zwyczajnym trudzie codzienności, oddajemy wszystko Bogu, łącząc z tym ustawicznym czuwaniem ofiarę z naszego życia. Kościół zawsze potrzebował i będzie potrzebować tego typu poświęcenia. Może właśnie w dzisiejszych czasach bardziej niż kiedykolwiek, bo radykalizm i ubóstwo życia klauzurowego stanowi tak wymowny znak sprzeciwu dla świata - a czy nie mamy być przecież takim znakiem?

          Nasza ziemska egzystencja jest z jednej strony jedynym darem, a z drugiej wszystkim, co tak naprawdę i świadomie możemy oddać Bogu Ojcu.

          Świat cierpi. Cierpi, gdyż odrzuca Boga, zadowala się jakimiś namiastkami dobra i w końcu staje na rozdrożu. A Chrystus zaprasza tak pokornie, ale stanowczo, by za wszystkich ludzi ofiarować każdą chwilę swojego życia. Jakże więc cennym je czyni! Poprzez trwanie w ciszy klauzury, przed Najświętszym Sakramentem, zostajemy włączone w tajemnicę Odkupienia i Pan pozwala nam - swoim grzesznym sługom - stawać się znakami bezgranicznej przynależności człowieka do Boga i dążności do naszego mieszkania w Niebie.

          Życie mniszek zostaje więc przemienione w skarb dla Kościoła - cóż może być cenniejszego nad to? Przecież nikt z nas nie potrafi swoim staraniem przedłużyć swych dni na tej ziemi, ale za to Bóg daje o wiele więcej - pozwala te dni przemienić tak, by żadna minuta nie była zmarnowana i przyniosła pożytek całemu światu.

          Poświęcenie się Bogu w zakonie kontemplacyjnym nie jest więc w żadnym razie zmarnowaniem życia - jakże bowiem nie odpowiedzieć Bogu, który wciąż pragnie naszej miłości? Iść drogą Chrystusa, czyli drogą Ewangelii - to nasz obowiązek, a realizowanie konkretnie takiego powołania jest wielkim zaszczytem i łaską, z której tak do końca zdamy sobie sprawę będąc już przy naszym Panu w wieczności.

 

Siostra Maria z Przasnysza

"Samotni w samotności".

 

          Człowiek nie jest samotną wyspą. Skąd to wiemy? Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by przekonać się, że nikt nie pragnie całkowitego opuszczenia, odejścia, które stawać już będzie na krawędzi rozpaczy. Każdy tak naprawdę szuka Kogoś, kto mógłby stać się częścią jego istnienia, bo bez tej Osoby czujemy się w pewien sposób niepełni, brak nam potwierdzenia celowości naszej wędrówki.

          Są osoby, które wręcz panicznie boją się samotności i wszelkimi sposobami starają się zapełnić męczącą pustkę, która nagle zaczyna ich ogarniać. Co jednak w rzeczywistości starają się oni zatuszować? Przecież wiemy doskonale, że nie chodzi tu często o osamotnienie. W takich przypadkach bowiem przeradza się ono w skrajną beznadzieję, która sieje ogromne spustoszenie we wnętrzu człowieka. Pojawia się usilne dążenie do pozyskania ludzi tylko dla siebie, swoistego zniewolenia ich, by mimowolnie stali się lekarstwem na smutki i lęki depresji. Nie jest to jednak żadne wyjście, bo samotności można doświadczać także w tłumie i właśnie wtedy jest ona najbardziej dotkliwa, bo człowiek czuje się całkowicie pominięty, zapomniany, postawiony poza marginesem spraw zasługujących na jakąkolwiek uwagę. Może i my niejednokrotnie zaborczymi uczuciami czy czynami przywiązywaliśmy do siebie bliźnich - ale komu to wyszło na dobre? Jakkolwiek by patrzeć na takie sytuacje, zawsze dostrzega się ich fałsz i zakłamanie, a na takich podstawach niczego nie da się zbudować.

          Dlaczego jesteśmy samotni w dzisiejszym świecie? Otóż dlatego, że zadowalamy się, a raczej usiłujemy się zadowolić, namiastkami wszystkiego - uczuć, przeżyć, sukcesów, rezultatów pracy. Teraz wszystko musi dziać się szybko i na najwyższych obrotach - życie ucieka, a przecież tyle jest do doświadczenia i zobaczenia. Takie myślenie sprowadza na manowce. Powstaje pozór i pobieżne, jakby w pośpiechu rejestrowane wrażenia, które mają rzekomo zaspokoić najgłębsze potrzeby ludzkiego serca. My jednak nie możemy godzić się na "bylejakość"! Życie jest zbyt cennym darem, by zmarnować je na sen, co do którego wszyscy przekonują nas, iż jest jawą.

          "Wszelkie stany samotności i opuszczenia rodzą się właśnie z traktowania życia jako pasma doznań i potrzeb, które musimy koniecznie zaspokoić, by być szczęśliwymi. W rzeczywistości jest to "szczęście" bardzo karłowate, ponieważ wynaturza samą jego istotę. A co jest ową "istotą" - zapytamy. Jest nią dawanie siebie innym. Nie możemy zamykać się w naszej pustelni i twierdzić, że nikt nas nie kocha, czy nie potrzebuje, jeżeli nigdy nie pozwolimy temu komuś wejść!

          Trzeba kategorycznie stwierdzić, że zawsze istnieje "ryzyko", że nas ktoś pokocha i że my pokochamy kogoś. Jesteśmy bowiem istotami stworzonymi do wspólnoty - nikt z nas nie byłby człowiekiem, gdyby nie uczestniczył w człowieczeństwie wszystkich ludzi, żaden z nas nie powiedziałby, że żyje tu i teraz, gdyby nie uczestniczył w istnieniu innych. Tylko bowiem poprzez wspólnotę nasze działanie i pielgrzymowanie może się bowiem dopełniać i ubogacać. Ja mam takie zdanie na jakiś temat, ale Ty możesz mieć inne, a dzieląc się naszymi spostrzeżeniami otwieramy sobie oczy na nowe rzeczywistości i pozwalamy drugiemu stawać się cząstką nas samych, poprzez swoiste zaproszenie do wspólnego postrzegania i przeżywania.

          "Poza tym nasze życie nie "zaistniało", ani nie "stało się", ale zostało stworzone. A żeby to się dokonało, "potrzebny" był i Stwórca - Bóg. On nie dał nam życia po to, aby biernie obserwować nieudolność swoich stworzeń. Akt stworzenia można porównać do relacji między matką a jej dzieckiem. Matka nie rodzi go bowiem po to, aby je, bądź jego miłość, posiadać na własność, ale by obdarzać je miłością i troską. Opiekuje się ona nim i zawsze czuwa, by nie stała mu się żadna krzywda. Jest to właśnie pewien obraz Boga, który zapragnął Swym dzieciom podarować miłość i otoczyć je opieką. To także wskazówka dla nas, jak mamy postępować, aby nigdy nie znaleźć się w ślepej uliczce osamotnienia - mamy zawsze z naszą miłością wychodzić do każdego człowieka, gdyż tylko z takiej autentycznej postawy zrodzi się prawdziwa wspólnota. Taka wspólnota to ja i Ty, to każdy człowiek, który pojawi się na naszej ścieżce.

          Jesteśmy samotni, bo tak często nie chcemy podzielić się z innymi tym, co posiadamy. Wydaje się nam, że wtedy mogłoby to ulec jakiejś profanacji, straciłoby w naszych oczach wartość, a inni nie potrafiliby docenić naszego poświęcenia. W życiu jednak nie o to chodzi! Nic, co posiadamy - talenty, umiejętności, zdrowie, uroda - nie należy do nas, ale mimo to mamy tak cudowny przywilej rozdawania tego wszystkiego! Dobro ma to do siebie, że staje się go tym więcej, im więcej go rozdamy. Nie warto więc zamykać się na wszystko, co nas otacza i czekać biernie, aż ktoś wyciągnie do nas rękę. I my wykażmy wreszcie inicjatywę i pozwólmy realizować się naszemu jestestwu tam, gdzie jest jego miejsce - we wspólnocie.

          Takich wspólnot każdy z nas zna wiele - pierwszą jest rodzina, potem krąg przyjaciół i znajomych, ludzie, z którymi pracujemy i spotykamy się, są w końcu wspólnoty zakonne. Każda z nich staje się żywym obrazem współdziałania ludzi i otwierania się na swoje potrzeby. Wciąż staramy się zrozumieć nawzajem - choć czasem wydaje się inaczej. - bo w przeciwnym razie nie bylibyśmy w stanie w ogóle siebie znosić.

          Często nie zdajemy sobie sprawy, ze prawdziwa, wartościowa samotność jest czymś zupełnie innym niż destrukcyjne opuszczenie graniczące z czarną rozpaczą. To ostatnie wywołuje w życiu człowieka "pustoszenie" - stopniowe zatracanie kontroli nad własnymi reakcjami i odczuciami, wypełnienie jestestwa bezkresną beznadzieją, która osłabia ufność i zabija wszelką wiarę. Prawdziwa samotność to jednak stan, w którym w rzeczywistości nigdy nie jesteśmy sami. Ciągle bowiem kroczy przy nas Bóg i nie opuszcza nawet na chwilę, a wręcz niesie nas w Swoich ramionach przez najtrudniejsze "odcinki" naszej drogi. Taka samotność ubogaca i daje poznać Tego, który tylko w niej przemawia, gdyż On w niej mieszka. Bóg ukryty - to Bóg, który przemawia do samej istoty naszego człowieczeństwa - do duszy - i przez to pozwala nam się otworzyć na jego łaskę i na innych ludzi.

          Podobnie samotność - w tym dobrym znaczeniu - wygląda w relacjach z bliźnimi. Jak pisał ks. Twardowski - "czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć", czasem trzeba wejść w sferę samotności, by spojrzeć z perspektywy, by wyjść poza nasz ciasny horyzont i subiektywizm jednostronnego postrzegania. Pewnie wiele razy doświadczyłeś tego, kiedy ktoś Ci bliski nagle odszedł, kiedy popsuły się wasze stosunki, a zażyła znajomość, przyjaźń czy miłość zostały wystawione na ciężką próbę. Takie przeżycia wywołują pustkę, gdyż wszelkie relacje, w które wchodzimy z ludźmi, powodują, że dzielimy się sobą z drugimi, a gdy ci odchodzą, odchodzi także i cząstka nas samych. Stanowimy niejako kawałki układanki, z której każdy jest tak samo ważny, bo jeśli choć jednego brakuje, to całość nigdy nie może zaistnieć.

          Jesteśmy wspólnotą. Podkreślił to nasz Zbawiciel, ucząc nas modlić się do Ojca: "Ojcze nasz", ".chleba naszego.", ".odpuść nam nasze winy.", ".nas zbaw ode złego". Stanowimy jedno i jesteśmy ściśle złączeni z naszymi bliźnimi, czyli z tymi, którzy są "bliscy". A "z bliźnim się świat zabliźni", bo każdy z nas nosi w sobie Boga, który leczy najgłębsze rany i najlepiej nas rozumie. Przecież Chrystus na krzyżu doświadczył także całkowitego opuszczenia - rozbiegli się uczniowie, a obecność Ojca stała się niewyczuwalna. "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" (Mt 27, 46). Zaraz jednak nawet w tej otchłani pustki i trwogi, pełen ufności zwraca się do Wszechmogącego: "Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego." (Łk 23, 46).

          Od Jezusa mamy się więc uczyć najgłębszego zawierzenia, które nawet z przepaści osamotnienia spogląda ku szczytom Bożej Obecności.

          Warto więc dobrze zastanowić się, zanim w rozgoryczeniu zaczniemy poświęcać się rozmyślaniu nad biedą naszej samotności. A może warto zatrzymać się i zapytać, czy nie jesteśmy przypadkiem samotni w naszej samotności i czy sami nie zamykamy swego serca na łaskę dzielenia się sobą z innymi? To współczesny świat podstępnie próbuje nas doprowadzić do wyobcowania ze wspólnoty, gdyż karmi ludzi przekonaniem, że są samowystarczalni i mogą poradzić sobie własnymi siłami z wszelkimi problemami. Nic bardziej błędnego! Jesteśmy wspólnotą ludu Bożego i tylko w jedności z Tym, który nas stworzył, możemy realizować nasze powołanie. A każdy jeden z nich jest powołaniem do dzielenia się sobą z innymi i oddawania wszystkiego naszemu Ojcu, od którego przyszliśmy i do którego zmierzamy, by stanowić komunię z wszystkimi naszymi braćmi i nigdy już nie być osamotnionymi.

 

s. klaryska kapucynka

"Śmierć to nie koniec, to przejście na "drugi brzeg".

 

          Kiedy jest się młodym, bardzo rzadko myśli się o momencie swojej śmierci. Z perspektywy naszej teraźniejszości wydaje się ona raczej niemożliwa - ciężko uwierzyć, że i nas kiedyś spotka. Pracujemy, odpoczywamy, zdobywamy wiedzę, poznajemy ludzi i pogłębiamy nasze przyjaźnie, ciało każdego z nas funkcjonuje lepiej lub gorzej, ale zawsze funkcjonuje. Aż tu nagle przerażające zaskoczenie, np.: wypadek samochodowy. Na miejscu giną młodzi ludzie - pełni perspektyw na przyszłość, radości i nadziei. Niesprawiedliwość? Ironia losu? Nieszczęśliwy wypadek? W końcu każdemu mogło się to przydarzyć. Może czujemy skrywaną ulgę, że my jesteśmy cali i zdrowi, że nas ta przygoda ominęła, chociaż pewnie nie jeden raz byliśmy w podobnym niebezpieczeństwie! I co teraz? Przejść nad tą "sprawą" obojętnie byłoby czymś nieludzkim, choć z czasem oswajamy cierpienie i wspomnienia coraz bardziej się zacierają, ból nie dobija się już tak rozpaczliwie do naszej świadomości. Nie możemy jednak w żadnym wypadku pozwolić, by ci, których straciliśmy, przepadli gdzieś między codziennymi sprawami, w których wir rzucamy się często, by znaleźć ukojenie. Taka droga nie może i nie powinna być udziałem żadnego z nas!

          Śmierć to nie koniec - to raczej przejście na "drugi brzeg". I chociaż trudno to pojąć,. przyjąć całkowicie jako prawdę i dogmat, to przecież każdy zmierzch tak naprawdę zapowiada nowy świt.

          Trudno nam w końcu przyjąć do wiadomości, że wszystko, co w tej chwili jest centrum naszego zainteresowania, będzie musiało się kiedyś skończyć, że trzeba będzie coś przerwać, o czymś lub o kimś zapomnieć. O ile więc trudniej spojrzeć na nasze życie jako na całość - trwanie, które miało kiedyś początek i które zbliża się ku końcowi. Chyba każdy chociaż przez chwilę zastanawiał się nad tym jakie to zdumiewające, że chociaż widzimy i przeżywamy niejeden pogrzeb, to jakoś nasz ciągle pozostaje w krainie fikcji. Bardzo trudno jest uświadomić sobie tą prawdę, a jeszcze trudniej podejść do niej zupełnie poważnie. Poważnie, nie znaczy tu jednak w żądnym wypadku z nieogarniona trwogą i obezwładniającą rozpaczą. Wspaniała możliwość świadomości, którą posiada tylko człowiek, daje czas i możliwość doskonałego przygotowania się na kres naszej wędrówki i - w jego kontekście - doświadczania każdego momentu naszego życia w całej pełni niepowtarzalności jako drogocennego daru.

          ""Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd." (Hbr 9, 27). Z tego zdania możemy odczytać, że dwie te sfery - życie i śmierć - są ze sobą nierozerwalnie złączone. Mamy tu również potwierdzenie, że życie na ziemi jest jednym i niepowtarzalnym darem, którego więcej już nie otrzymamy. Jakże taka świadomość nobilituje naszą egzystencję! Jest ona bowiem cennym skarbem, wspaniałą przestrzenią, na której mamy rozwinąć się niczym przepiękny kwiat i w końcu wydać owoc, który zwrócimy Temu, od którego otrzymaliśmy istnienie.

          Jest więcej niż pewne, że nie da się żyć oczekując na śmierć. Nasz kres stałby się wtedy jakimś bezlitosnym wyrokiem, mrocznym końcem, który nie pozwalałby spoglądać w przyszłość bez trwogi. Takie rozumowanie do niczego jednak nie prowadzi i zaprzecza podstawowym prawdom wiary.

          Tak - rzeczywiście, w ten sposób nie da się żyć, ale możemy wspaniale żyć w pełnej świadomości naszego kresu, jednocześnie cały czas oczekując na ŻYCIE, bo im bliżej jesteśmy śmierci, tym bliżej jesteśmy także tego życia, którego teraz posiadamy jedynie namiastkę.

          Każdy z nas powołany jest do wieczności, gdyż nasze istnienie ma początek - którym jest tajemniczy moment poczęcia, ale nie ma kresu. Historia ludzi toczy się w czasie, który jest niejako otoczony wiecznością. Tylko to, co fizyczne podlega przemijaniu - czyli przede wszystkim nasze ciało. Przecież tak naprawdę jako ludzie, nie starzejemy się. My dojrzewamy, a nasze wnętrze powinno się przez to ubogacać i nabywać mądrości, a nie pustoszeć i pokrywać się kurzem przemijania.

          Jako ludzie wierzący powinniśmy więc zdawać sobie sprawę z tego, że śmierć jest wyjściem, bramą, przez którą wkraczamy do naszego wiecznego dziedzictwa.

          Może wiele osób zanegowałoby w ogóle prawdę o tym, że z chwilą naszego odejścia ze świata nic się nie kończy, a tak naprawdę dopiero zaczyna. Wielu z nas żyje dzisiaj z dnia na dzień, nie chcąc uświadomić sobie godności własnej natury, której wyrazem jest nasza nieśmiertelność.

          Gdyby jednak wszystko kończyłoby się wtedy, kiedy umieramy, to jaki sens miałaby wszelka działalność człowieka? Samo istnienie straciłoby wszelką celowość, bo po cóż żyć, a tym samym tworzyć, gdyby wszystko miało swój wymiar tylko w przemijalnej doczesności? Nasze działa natomiast: myśli, uczucia, pragnienia a przede wszystkim wiara, są niezbitym dowodem na to, że jestestwo ludzkie całą swą siłą dąży do nieskończoności - pragnie ją zgłębić, wyrazić, oddać w rozmaitych dziedzinach wiedzy, nauk, pracy uczuć i myśli. Instynktownie dążymy ku temu, co będzie w stanie wyrazić nasze tęsknoty, potrzeby i marzenia - używamy do tego słów, gestów, czynów, które wszystkie razem wzięte najczęściej brzmią nieporadnie na tle muzyki wieczne doskonałości, która kryje się po tamtej stronie. Pewnie nie jeden raz przyszła i do ciebie taka myśl, że to co w tej chwili robisz to jakby za mało, że czujesz w sobie siłę, by podjąć inne zadanie, które nie będzie obracało się jedynie wokół tego, co namacalne i przeliczalne, ale da efekty w naszym wnętrzu. Znaczy to, że pragniesz właśnie tego, co jest nieskończone, że chcesz naśladować tych ludzi, którzy robiąc coś dla innych odnaleźli spokój i swoje posłannictwo na tej ziemi. Nie chodzi tu bynajmniej zawsze o jakieś wielkie przedsięwzięcia, ale o to, co dzieje się wokół nas i w tej rzeczywistości, którą możemy kształtować.

          Czy nie pojawiła się w twojej duszy w związku z tym myśl i zapytanie jednocześnie: skąd się te myśli i pragnienia biorą? Kto jest ich dawcą? Czy sami zasłużyliśmy sobie na nie? Na początku naszej drogi musimy zdać sobie sprawę z tego, że te natchnienia i myśli nie są naszą własnością i że nie jesteśmy ich "pierwszą przyczyną". To właśnie one świadczą najdobitniej o istnieniu świata nadprzyrodzonego. Świat nie posiada tego co duchowe, gdyż on rządzi tym, co materialne. Natomiast to, co należy do sfery duszy: myśli, wola uczucia - nie pochodzą ze świata, ale z wieczności, która go otacza.

          Możemy odpowiadać zarówno na dobre podszepty jak i na te złe - na tym właśnie polega nasza wolna wola. Mamy prawo wyboru i sami możemy stanowić o tym, jak będzie wyglądać nasze życie w zaświatach. Każdy jest bowiem wyposażony przez Boga we wszystkie "predyspozycje" i obdarzony wszelkimi łaskami, które mają nam pomóc dotrzeć do miejsca, które On nam przygotował. Jesteśmy bowiem stworzeni po to, by dzielić Jego szczęśliwość - jesteśmy jej dziedzicami i jest ona swoistym kapitałem na przyszłość, która stanie się rzeczywistością dopiero po śmierci.

          Żyjemy nie uświadamiając sobie często tych prawd. Gromadzimy skarby na ziemi, zabiegamy o to, by mieć zabezpieczony każdy następny dzień, zdobywamy kolejne szczeble w rozmaitych hierarchiach naszych ziemskich sprawach. Nie można oczywiście potępiać tej przezorności i zapobiegliwości. Absolutnie nie! Chodzi tylko o to, by nie stała się ona wartością samą w sobie, by troska o dzień jutrzejszy nie przysłoniła nam naszego prawdziwego celu - rzeczywistości nieprzemijalnej, której teraz nie widzimy, ale która jest naszym udziałem w "krainie żyjących". A może warto byłoby o tę wieczną szczęśliwość powalczyć z taką samą siłą jak walczymy o dobra doczesne? Poświęcić tyle samo sił i trudów, by zacząć ukierunkowywać wszystkie nasze działania na starania o wieczność, w której będą przecież miały swoje konsekwencję?

          Nie ma chyba wśród nas osoby, która nie pożegnałaby już kogoś bliskiego. Kiedy śmierć puka nagle do drzwi, jesteśmy zazwyczaj zaskoczeni, zbulwersowani, czasami reagujemy wręcz agresywnie. Dlaczego już teraz?! Tak nagle? Przecież jeszcze mógł tyle dobrego zrobić. Tak jest nam właśnie teraz potrzebny!

          Czy takie uniesienia mają jednak jakąś rozumową podstawę? Najczęściej są one tylko wyrazem żalu, który uzurpuje sobie prawo do zdroworozsądkowego oceniania tajemnicy naszego "przejścia". Niestety - płacz nad osobą zmarłą przeradza się często w rozpacz nad naszą rozpaczą, a taka sytuacja do niczego dobrego nie prowadzi. Łzy są oczywiście znakiem miłości i przywiązania do osoby, która odeszła i piękne jest to, że się pojawiają, ale nie mogą nam one całkowicie przysłonić faktu ciągłego istnienia zmarłego. Nie lamentu i załamywania rąk potrzebuje on teraz najbardziej, ale naszych ufnych i gorących modlitw.

          Ta chwila, w której naznaczone jest nasze odejście z tego świata, to moment "optymalny", najlepszy czas (jeżeli oczywiście nie straciliśmy życia z własnej winy.), bo oto wypełnia się liczba naszych dni na tej ziemi. Mieliśmy wszystkie łaski potrzebne do tego, aby nasza misja została wykonana w stu procentach. Bezcelowe jest więc rozpaczanie nad tym, co człowiek mógł jeszcze zrobić, gdyby pozostał wśród żyjących. Czego miał dokonać - tego już dokonał, gdyż miał po temu wszelkie możliwości, a jeżeli tak się nie stało, to zadanie nie zostało w pełni wykonane tylko z jego własnej winy.

          Zdając sobie sprawę z niesamowitości i wartości naszego istnienia nawet ci, którym trudno spojrzeć jest z perspektywy wiary, muszą uznać, że z chwilą śmierci nie stajemy się nicością i nie przepadamy w jakiejś nieokreślonej pustce. O ciągłości naszej wędrówki świadczą właściwie wszystkie długofalowe zadania, jakie podejmujemy. Myślimy wtedy o przyszłości i - chociaż wciąż należy ona w tych planach do doczesności - tym samym wykraczamy poza teraźniejszość. Jesteśmy więc zdolni do tego, by nie ograniczać naszej natury do "tu i teraz". Nasza dusza natomiast cały czas dąży "do tego co w górze", gdyż stamtąd pochodzi i tam chce powrócić.

          A co czeka nas "po drugiej stronie"? Tam czeka na nas Bóg - dobry Ojciec, który chce przygarnąć do Siebie Swoje dzieci i nie jest to złowrogi sędzia, który czyha na nasze potknięcie i bezlitośnie "rejestruje" nasze błędy. Bóg jest Miłością. Niczym innym. Miłością do Swojej głębi, która nie ma końca i w której kontemplacji można zanurzyć się na całą wieczność niczym w orzeźwiającym źródle czystej wody. To my sami - widząc w całej pełni Jego dobroć i blask nieskazitelności - dostrzeżemy w Jego świetle wszelkie niedoskonałości naszej duszy, a nawet sami możemy wybrać wieczne potępienie. Zobaczymy wtedy życie, które prowadziliśmy, w całej prawdzie, już nic nie będzie ukryte, zniknie gra pozorów, pokrętne tłumaczenia i półprawdy jako panaceum na wszelkie winy i grzechy. W tym momencie okaże się, co tak naprawdę było motywem naszych działań i myśli. I obyśmy w tym momencie mogli przyznać przed Bogiem i przed sobą, że wszystko, co czyniliśmy miało Jego jako przyczynę sprawczą i Jego jako główny Cel.

          Tak musimy żyć, bo rzeczywistość wieczności jest bardziej realna, niż to, co się w tej chwili dzieje, choć teraz tego pewnie wcale tak nie postrzegamy. To co jest - przemija i gubi się bezpowrotnie w otchłani przeszłości - nigdy nie będziemy mogli cofnąć czasu i wszystko, co już się stało, będzie musiało zrodzić w przyszłości konsekwencje. Wieczność natomiast nie ma końca. Nie ma też początku. Jest to wieczne "dzisiaj", z którego ogląda się tak ziemską przeszłość i przyszłość, jakby działy się one w tym momencie.

          To, na co zasłużymy więc po śmierci, będzie owocem współpracy z łaską Bożą, lub jej braku. Obróćmy więc każdą najmniejszą czynność w czyn, który będzie miał przedłużenie w wieczności. Może to będzie uczynek zrodzony tylko i wyłącznie z bezinteresowności, może uśmiech do kogoś, kto nie jest do nas przychylnie nastawiony?... "We wszystkich swoich sprawach pamiętaj o swym końcu, a nigdy nie zgrzeszysz" (Syr 7, 36). Miernym wytłumaczeniem jest tez istnienie czyśćca, który uznajemy za drogę pozwalającą nam być "letnimi" w naszej wierze i nie przykładać zbytniego wysiłku do skierowania myśli ku Bogu. Cóż za wielki błąd! Cierpienia czyśćcowe są niewypowiedzianie bolesne, straszne i często różnią się od tych piekielnych tylko tym, że w czyśćcu dusze kochają Boga oraz wiedzą, że przez te karę dostępują Jego Miłosierdzia, by móc się oczyścić i dzielić w końcu radość Niebian.

          Czy warto ową radość zamienić na coś, co przemija? Czy warto nad niegasnące szczęście przedłożyć przemijalne przyjemności, które najczęściej zostawiają po sobie tylko gorycz pustki? Na tej ziemi jesteśmy tylko pielgrzymami i nie zabierzemy ze sobą na tamten świat niczego prócz sumienia i od nas zależy, czy będzie ono czyste, czy wręcz przeciwnie.

          Życie jest ogromną łaską i każdy nowy świt zapowiedzią świtu, który już nie będzie miał końca. Cokolwiek więc czynisz - czyń to najlepiej jak tyko potrafisz, bo to, jak wykonujesz wszystko, co stanowi treść życia, świadczy o ludzkiej godności. Ponieważ jesteśmy dziećmi Boga, powinniśmy kierować wszystkie sprawy ku Niemu, aby przez to oczyściły się i uświęciły.

          Może nadszedł już czas by przejrzeć i zrozumieć, że śmierć cielesna zamyka jedynie oczy naszego ciała, ale otwiera te duszy na zupełnie nowe rzeczywistości. Nieskończoność naszego trwania jest niezmierzonym darem, którego wartość w pełni docenimy dopiero po tamtej stronie. Uczmy się wiec każdego dnia przyjmować całą prawdę o wiecznym życiu, ku niemu się kierować przez wiarę, nadzieję i miłość, byśmy mogli powiedzieć za św. Pawłem: "Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umierać- to zysk" (Flp 1, 21). Wtedy bowiem nabierzemy zdrowego dystansu do życia, które stanie się radosnym śpiewem dobrych uczynków i miłości Boga oraz do śmierci, która nie będzie unicestwieniem nadziei, lecz jej wypełnieniem w szczęśliwości oglądania Trójjedynego!

 

s. klaryska kapucynka

Liturgia godzin.

 

1. W Roku Jubileuszowym, Jan Paweł II pielgrzymował do Ziemi Świętej. W Betlejem z trudem zszedł do groty Narodzenia Jezusa; chwilę trwał na adoracji; po czym udał się kilka kroków dalej, w miejsce pokłonu mędrców. Wówczas abp Stanisław Dziwisz podał Ojcu Świętemu polską Liturgię Godzin, zwaną potocznie brewiarzem, i papież zaczął się modlić. W naszych kościołach również spotykamy kapłanów modlących się "Liturgią Godzin". Tą modlitwą ogarniają oni swoich wiernych, swoją posługę i wszystkie sprawy Kościoła.

2. Liturgia Godzin, jak podaje Katechizm jest modlitwą Kościoła, dzięki której wierni (duchowni, zakonnicy, zakonnice i świeccy) uświęcają czas przez uwielbienie Boga (por. KKK 1174). W tej modlitwie każdy może i powinien uczestniczyć na miarę swego powołania i życiowych okoliczności. Kapłani ze względu na duszpasterską misję i wezwanie do trwania na modlitwie. Przypomniał o tym Ojciec Święty Benedykt XVI podczas pielgrzymki do Bawarii. W czasie nieszporów w bazylice św. Anny powiedział: "Modlimy się w niej (Liturgii Godzin) jak ludzie potrzebujący rozmowy z Bogiem, ale ogarniamy też innych ludzi, którzy nie mają czasu i możliwości na taką modlitwę" (Alltöting, 11 września 2006 r.).

Zakonnicy i zakonnice trwają na modlitwie Liturgią Godzin w duchu charyzmatu rodziny zakonnej, którą tworzą. A wierni świeccy według swoich możliwości na mocy sakramentu chrztu świętego. Sobór Watykański II zaleca, aby i świeccy odmawiali Liturgię Godzin czy to z kapłanami, czy na swoich zebraniach lub nawet indywidualnie (S.C. 100). Piękny i godny naśladowania jest zwyczaj wspólnego śpiewania niedzielnych nieszporów w niektórych naszych parafiach.

3. Liturgia Godzin to modlitwa ustna zanoszona do Boga w określonych godzinach w imieniu całego Kościoła. Kształtowała się ona przez wieki, przybierając różne formy. W Ogólnym Wprowadzeniu do Liturgii Godzin znajdujemy informację o tym, że już pierwsi chrześcijanie oddawali się modlitwie w określonych godzinach dnia. W różnych okolicach bardzo prędko ustalił się zwyczaj przeznaczania na modlitwę pewnych okresów czasu, jak np. o zmierzchu, gdy zapalano światła, lub z brzaskiem dnia, kiedy noc się kończy i zaczyna świtać. Z biegiem czasu uświęcano wspólną modlitwą także inne godziny dnia. Owe wspólne modlitwy przekształciły się stopniowo w ściśle określone godziny modlitw.

Początkowo na zgromadzeniach apostolskich śpiewano psalmy i pieśni, czytano Pismo Święte i odmawiano Modlitwę Pańską. Z czasem, dzięki życiu zakonnemu rozbudowano modlitwę psalmami i ostatecznie przyjęła ona obecną formę. Tak powstała Liturgia Godzin, wzbogacona także czytaniami. Jest ona przede wszystkim modlitwą uwielbienia i prośbą błagalną; jest modlitwą Kościoła z Chrystusem i do Chrystusa.

Główną część Liturgii Godzin stanowi modlitwa poranna zwana jutrznią oraz nieszpory, czyli wieczorna modlitwa Kościoła. Jutrznia przez uświęcenie pierwszych chwil dnia kieruje myśli ku Bogu. Wyraża ona głębokie pragnienie Bożego błogosławieństwa na każdą chwilę dnia, we wszystkich pracach i obowiązkach. Odmawianie jej wczesnym porankiem nawiązuje do zmartwychwstania Chrystusa.

Nieszpory odmawiane w porze wieczornej stanowią dziękczynienie za kończący się dzień i wszelkie dobro. Mają one charakter wieczornej ofiary, która nawiązuje do jedynej ofiary Jezusa Chrystusa i dzięki temu możemy w nich wyrażać wszystkie radości, trudy, smutki i zmagania. Pozostałe części codziennej Liturgii Godzin stanowią: godzina czytań, modlitwa w ciągu dnia, oraz kompleta, czyli modlitwa na zakończenie dnia.

4. Zapamiętajmy: Liturgia Godzin jest modlitwą całego Kościoła, która uświęca poszczególne pory dnia i nocy, a modlących się otwiera na rzeczywistość spotkania z Bogiem w Jego słowie. Stanowi ona wielkie, duchowe bogactwo Kościoła. Modlitwa ta nie jest tylko obowiązkiem osób duchownych, ale przywilejem wszystkich ochrzczonych, chcących swoje codzienne życie łączyć z Bogiem.

Ks. Roman Mosakowski

 

Diecezja Płocka - Dział Katechetyczny

 

 

 
 
                                                Copyright © Mniszki Klaryski Kapucynki   Designed by WebDawid